Wiadomości

Marcin Szczygielski w natemat.pl

Eksperyment Marcina Szczygielskiego

...niech będzie to rok 1931, niech to będzie czysty, organiczny eksperyment. I teraz w ramach jego ewolucji trzeba by dorzucić jakieś naprawdę istotne wydarzenie, które poruszy całą tą mikro społecznością, zetknie ją z czymś dla niej nowym, niezrozumiałym. Witajcie w eksperymencie Marcina Szczygielskiego!

Psycholog społeczny lubi manipulować. Na przykład zebrać ludzi w jednym pomieszczeniu i sprawdzać ich reakcje na różne zdarzenia bądź bodźce. Obserwować, notować i układać tę układankę ludzkich emocji w jakąś całość, dzięki której powstanie może jakaś reguła objaśniająca ten skomplikowany mechanizm. Chyba każdy słyszał o niepokojących rezultatach eksperymentu więziennego Zimbardo, czy zachowaniach podczas eksperymentu Miligrama. Powołali do życia jakieś miejsce, sztucznie nadali mu status i zostawiali uczestników swoim reakcjom. A przecież można łatwiej, można mniej sztucznie, z troską o autentyzm. Na przykład obserwować bacznie miejsca odgórnie skazane na swego rodzaju zamknięcie, odizolowanie, tworzące swoistą społeczność. Szpitale, więzienia, sanatoria. I teraz umieścić w takim sanatorium chorych, którzy widmo śmierci mają naprawdę blisko siebie. W jakimś dogodnie umiejscowionym, najlepiej blisko większej metropolii, ale wystarczająco oddalonym, by było wrażenie izolacji. Na przykład na obrzeżach Zakopanego. I jeszcze dobrze by było, żeby nie było komórek, dostępu do sieci, laptopów i innych gadżetów odciągających uwagę. Niech będzie to rok 1931, niech to będzie czysty, organiczny eksperyment. I teraz w ramach jego ewolucji trzeba by dorzucić jakieś naprawdę istotne wydarzenie, które poruszy całą tą mikro społecznością, zetknie ją z czymś dla niej nowym, niezrozumiałym. Witajcie w eksperymencie Marcina Szczygielskiego!

 Wierni czytelnicy Szczygielskiego już znają tę nazwę. Sanato pojawia się w Poczcie królowych polskich i już w tej powieści widać pewne zalążki formy samej Sanato. Jednakże myli się ten, kto posądzi autora o wtórność. Jest tu oczywiście sporo typowych dla niego elementów (za które go uwielbiam i wracam do jego książek jak bumerang), ale jest też pewien powiew świeżości, pewna nowość w stylu. Szczygielski po raz kolejny udowadnia, że ma naprawdę bogatą wyobraźnię, a ja już na stałe zostaję w jego fanklubie. Dlatego drodzy czytelnicy, oskarżanie mnie o obiektywizm byłoby dużym nietaktem.

   W samej nazwie Sanato, biorąc pod uwagę, że jest to powieść grozy, łatwo można się doczytać, w związku z wręcz narzucającą się aliteracją, słowa "szatan". A tu niespodzianka, bowiem "sanatio" pochodzące bezpośrednio z łaciny oznacza gojenie. Właściciele zaś aktualnie funkcjonującego pensjonatu Sanato optują za słowem "uzdrowienie". Tak czy inaczej, idea samej nazwy była jedna - uzdrowić, zagoić, wyleczyć. I od tego rozpoczyna się powieść Szczygielskiego, której miejscem akcji jest ekskluzywne sanatorium Sanato (jak można się doczytać w sieci niegdyś naprawdę istniejące, źródło tej informacji znajdziecie tutaj) zajmujące się leczeniem gruźlicy w czasach, gdy ta choroba nadal zbierała ogromne śmiertelne żniwo, a więc na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku. Lata trzydzieste? Sam początek? Ach, wspaniała moda, jakby to powiedziała pewna znana mi wielbicielka epoki, cudne suknie, trend na chłopczycę, polowania, arystokracja. Niemalże pewna forma niebiańskiej sielanki tuż przed piekłem II wojny światowej. Niemalże. Wszak życie arystokracji to nie wszystko, ale skupmy się właśnie na nich, bo przecież tylko ludzi z tego kręgu stać było na tak drogie leczenie, jak to w Sanato. A pobyt w Sanato był kosztowny. Sam ośrodek to nie tylko miejsce, gdzie można było odpoczywać, z pięknymi pomostami zwanymi molo, nie tylko pensjonat i restauracja w jednym, ale przede wszystkim w pełni wyposażone medycznie sanatorium lecznicze. A zatem profesjonalna obsługa lekarska, zastęp pielęgniarek, a oprócz tego obsługa osób sprzątających, gotujących, piorących. Piękne miejsce na dodatek w niesamowitych okolicznościach przyrody, w samych górach, w lesie, w odseparowaniu od świata i ludzi. Nawiązanie do Czarodziejskiej góry Manna jest oczywiste, nie tylko samym miejscem akcji, jednakże jest to raczej forma luźnego związku z tamtą powieścią, nie zaś naśladownictwa. Szczygielski po raz kolejny daje popis wnikliwej znajomości epoki, z wszelkimi jej detalami, upodobaniami ówczesnych ludzi, tematami rozmów, wyglądem mebli, absolutnie wszystkim!

Główną bohaterką powieści i jej narratorką jest Nina Ostromęcka, która przebywa w Sanato wraz z mężem. Oboje chorują na gruźlicę, oboje wymagają leczenia. Od pierwszych stron wyraźnie jednak widać różnicę w ich stanie zdrowia i samopoczucia. Jak Nina ma jeszcze siły i energię na rozmowy, spotkania przy wspólnych posiłkach, tak Adam jest zdecydowanie w słabszej kondycji, powoli staje się odludkiem, woli unikać towarzystwa, potrzebuje więcej snu i odpoczynku. Nina zaś chętnie wdaje się w długie debaty na popularne wówczas tematy ewolucji i eugeniki, czy na temat istnienia bądź nie Boga, lub też samej idei Boga. Jednakże mimo rozmów, mimo zalążków pewnych cieplejszych relacji z innymi chorymi, Nina cierpi głównie z powodu nudy. Właściciel Sanato rzecz jasna stara się o rozrywki dla swoich pensjonariuszy, jednakże dla Niny są to słabe substytuty niespecjalnie ją interesujące. Pewną formą odciągania uwagi od codzienności są kolejne zniknięcia pacjentów, o których można się tylko domyślać, czy na pewno wyjechali z sanatorium, czy może jednak choroba ich pokonała. Nudę i regularność posiłków zmienia pojawienie się nowego lekarza oraz jego pięknej, również chorującej na gruźlicę narzeczonej Iry. Ów lekarz przywozi ze sobą swoją rewolucyjną metodę leczenia gruźlicy zwaną chryzoterapią, czyli leczenia złotem. W grupie osób leczących się w Sanato wybiera kilkoro do swojego eksperymentu mającego na celu udowodnienie, że chryzoterapia ma dużo lepsze, a przede wszystkim prowadzące do całkowitego wyleczenia, wyniki w leczeniu gruźlicy. Jednakże już w trakcie pierwszych dni terapii Nina zaczyna odkrywać skutki uboczne chryzoterapii, skutki na tyle poważne, że dosłownie, odmienią jej percepcję.

 Nie, nie, ciągu dalszego nie będzie. Po pierwsze dlatego, że musicie sięgnąć po Sanato i sami się przekonać, po drugie dlatego, że musicie sięgnąć po Sanato. Nie znam autora równie cierpliwego wobec szczegółów, drobiazgów, opisów tak wnikliwych, że przenosi czytelnika w kreowaną przez siebie rzeczywistość niewiarygodnie silnie. Gdy czytałam Sanato byłam w drodze do Wilna. Siedziałam na fotelu pasażera, a kierowca coś mówił. Nie pytajcie co. Mógł mi wtedy opowiedzieć coś bardzo dla niego ważnego, trudno. Puszczał też jakąś muzykę. Nie pytajcie jaką, bo nie wiem. Porwała mnie lektura, a przerwałam jedynie wieczorem, bo będąc sama w pokoju hotelowym, przyznaję otwarcie, bałam się, że Szczygielski jednak za bardzo zawładnie moją wyobraźnią. Już kiedyś zrobił to Stephen King i do dziś wspominam to niemile. A Szczygielski ma zadatki na mistrza grozy, zatem przerwałam. I to był jedyny mankament podczas czytania - konieczność przerywania lektury. Moja rada jest taka. Kupujecie Sanato. Zamykacie się w odosobnieniu. Nie opuszczacie miejsca, dopóki nie skończycie. Jedynie zadbajcie, żeby w razie czego za ścianą była jakaś życzliwa dusza, która odpędzi strachy. A potem zakochujecie się obowiązkowo i kupujecie pozostałe książki autora. Howgh, rzekłam.

 Inspiracją do powieści była prawdziwa historia o pobycie w Sanato, którą autorowi opowiedziała Stefania Grodzieńska. Nazwała ten okres, paradoksalnie, jednym z najlepszych w swoim życiu, mimo, że umierała na nieuleczalną wówczas chorobę. Świadomość choroby i prognozowanej śmierci powodowała odblokowanie wszelkich zahamowań. Podobnie zachowują się bohaterowie powieści. Jest tu swoboda obyczajów, choć pozornie zachowanych, nocne imprezy do późna, jest swego rodzaju szaleństwo. W to szaleństwo umierającej młodości wkracza szaleństwo.. Ale nie, nie, jak już napisałam, musicie to sami sprawdzić! Naprawdę. To nie jest tytuł, wobec którego można przejść obojętnie. 

Kasia Sawicka

Czytaj również

  • Zygmunt Kałużyński jakiego nie znacie !Zygmunt Kałużyński jakiego nie znacie ! "Świat żelaznych szmat" to wybór tekstów z ponad 50-letniej kariery tego wybitnego krytyka i publicysty
  • KINOPASSANA - nowa książka Tomasza RaczkaKINOPASSANA - nowa książka Tomasza Raczka 20 października br. nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik ukaże się "KINOPASSANA. Sztuka oglądania filmów".
  • Obłęd w ZakopanemObłęd w Zakopanem Dni w podzakopiańskim Sanato mijają leniwie. Pensjonariusze cierpiący na gruźlicę zmagają się nie tylko z chorobą, ale i ze zwyczajną nudą oraz przygnębiającą świadomością, iż...

Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygumnta Kałużyńskiego

Biuro Handlowe i odbiór zamówień
ul. Cypryjska 89, 02-761 Warszawa
(22) 614-28-34 sklep@latarnik.com.pl
Biuro czynne pon.- pt.
w godz. 10:00 – 17:00

(22) 614 28 34 sklep@latarnik.com.pl
Dołącz do nas
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.